Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

czwartek, 31 sierpnia 2017

Kreacja i mistyfikacja (S. Hustvedt, Świat w płomieniach)

Powieść Siri Hustvedt to nie tylko arcyciekawa historia artystki, która decyduje się na wieloletni eksperyment społeczny, kulturowy i (auto)biograficzny, ale również dzieło wyróżniające się pod względem formalnym. Główną bohaterką książki jest Harriet Burden. Artystka ma świadomość pozorów, na których ufundowana jest przestrzeń publiczna. Widzi, w jaki sposób traktowane są osiągnięcia kobiet i jak, dla przeciwwagi, przyjmowane są propozycje artystyczne mężczyzn. Obserwuje, odnotowuje, obmyśla plan. Prowadzi tak naprawdę kilka różnych wersji własnego życia. Jest artystką, która wycofała się z aktywnej działalności twórczej na rzecz współkreowania środowiska. Jest osobą, która podobno przeżyła kryzys po śmierci męża, tak więc podejrzenie szaleństwa w pewnym sensie ją unieważnia. Jest wizjonerką i eksperymentatorką. Trzech mężczyzn, zgodnie z umową z Burden, wystawia jej dzieła jako własne. Odnoszą sukces. Harriet wie doskonale, że gdyby projekty upubliczniła pod własnym nazwiskiem, zostałyby zignorowane. Kobieta stwarza więc nie tylko artystów, którzy docelowo mają być jej kolejnymi alter ego. Wymyśla również osobę, która ma ujawnić jej eksperyment i pokazać światu socjologiczny kontekst recepcji dzieł sztuki. Problem pojawia się wtedy, gdy jeden z wynajętych mężczyzn odmawia ujawnienia prawdy. Kwestie autorstwa, talentu i możliwości dodatkowo się komplikują. Powieść składa się z fragmentów dzienników Burden, wypowiedzi jej córki, bliskich, wywiadów dotyczących artystki. Poszczególne części, także te pisane ręką Harriet, utrzymane są w różnym stylu. Odtwarzają fragmentaryczność istnienia bohaterki, ale i koncepcyjność jej postrzegania świata – także tego w wymiarze prywatnym. „Świat w płomieniach” można również postrzegać jako opowieść o kryzysie tworzenia, o umieraniu – tym dosłownym i symbolicznym, o kradzieży tożsamości i jej sekretnym pożyczaniu, o niezrozumieniu przez otoczenie i niechęci do rozumienia otoczenia. Bardzo dobre.

Siri Hustvedt, Świat w płomieniach, przeł. Jerzy Kozłowski, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

środa, 30 sierpnia 2017

Ojciec i syn (O. Pamuk, Rudowłosa)

Pamuk proponuje powieść w starym stylu, która jednak okazuje się uniwersalna i tak naprawdę nowoczesna. Problem relacji między ojcem a synem, wątek uwiedzenia i zafascynowania kobietą, a także symboliczny i dosłowny motyw ojcobójstwa to tematy, które w różnych konfiguracjach powracają, pozornie tylko wydają się literacko wyeksploatowane, wszystko bowiem zależy od talentu autora. W tym wypadku Pamuk nie zawodzi czytelnika. Opowiedziana przez niego historia ma przypowieściowy charakter. Jest w niej coś z tragedii i ze starych legend, w których mroczne dziedzictwo losu zawsze jest nieuchronne. Pisarz nawiązuje zresztą do dwóch ważnych świadectw – z jednej strony jest to historia syna, który nieświadomie zabija własnego ojca, a następnie poślubia matkę (grecki mit o Edypie), z drugiej zapis losów ojca, który morduje swojego syna (perski mit o Rostamie i Sohrabie). Nie chodzi tutaj o odwrócenie scenariusza wydarzeń, raczej o zasygnalizowanie, że zbrodnia tego typu w każdej konfiguracji jest czymś szczególnym i przełamującym kulturowe tabu. Cem jest nastolatkiem, kiedy z jego życia znika ojciec. Ponieważ w domu mnożą się problemy finansowe, chłopak postanawia rozpocząć pracę jako pomocnik studniarza. Szukanie miejsca, w którym będzie woda, okazuje się bardzo ciekawą metaforą. Z jednej strony wiąże się z życiem, z drugiej ze śmiercią, bo wejście w głąb studni bywa ryzykowne. Cem nawiązuje bliską relację z mistrzem. Nie tylko razem pracują, ale chłopak zaczyna go traktować jak ojca. Duży wysiłek fizyczny, konieczność skupienia się, upał to wszystko jest dla bohatera czymś nowym. Jako syn aptekarza nie musiał wcześniej martwić się o pieniądze. Praca ma więc w tym wypadku inicjacyjny wymiar. Ale nie tylko ona. Cem doświadczy również kilku innych rzeczy po raz pierwszy. Do tych najważniejszych doświadczeń należeć będą seks, zbrodnia i koszmar pamiętania. Pamuk interesująco i niebanalnie rozgrywa dobrze znane, archetypiczne, motywy. Dość powiedzieć, że w którymś momencie życie odtwarza mit, a mit zamienia się w echo tego, co wydarzyło się w rzeczywistości.


Orhan Pamuk, Rudowłosa, przeł. Piotr Kawulok, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017. 

wtorek, 29 sierpnia 2017

Przyzwyczajanie się do śmierci (W. Gogola, Po trochu)

Debiutancka powieść Weroniki Gogoli choć skoncentrowana jest na śmierci, stanowi jednocześnie pochwałę życia. Autorka nie tylko dokumentuje świat, który powoli staje się przeszłością. Jest również rejestratorką historii o charakterze jednostkowym, dając wyraźny sygnał, że rzeczywistość okrajana jest po kawałku z życia wtedy, gdy ktoś będący jej częścią umiera. Motywy przemijania, odchodzenia, godzenia się z końcem, przyzwyczajania się do symbiozy tego, co potwierdza trwanie, i tego, co zapowiada odejście, ale i portretowanie środowiska wiejskiego, wpisują się w tendencję widoczną w utworach innych młodych autorów. Mam tu na myśli i „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej, do których debiut Gogoli bywa porównywany, i „Miedzę” oraz „Podkrzywdzie” Andrzeja Muszyńskiego, i „Dygot” Jakuba Małeckiego. Dziewczynka, która jest główną bohaterką książki, żyje w czasie teraźniejszym. To wszystko, czego doświadcza, nie zostaje wpisane w tryb myślenia o przeszłości i przyszłości. Jeśli więc umierają kolejno miejsce (pali się giees), zwierzę (za mocno przytulony kotek), człowiek (chora na raka piersi matka przyjaciółki czy kolega ze szkoły), to nie staną się pretekstem do zastanawiania się nad przemijaniem. Śmierć po prostu przychodzi, czasami generuje wspomnienia, bywa, że rodzi refleksję o pamiętaniu, jednak nawet wtedy jej zwyczajność jest na pierwszym miejscu. Dopiero kiedy umiera ojciec, a informacja ta przychodzi z dawnego świata, koniec zyskuje inne znaczenie. Staje się przypieczętowaniem rozstania z miejscem, uświadomieniem sobie własnego dorastania oraz odkryciem, że zapachy, obrazy i dźwięki mogą przywoływać to, co minione. Dorosłość oznacza więc większą świadomość. Jej konsekwencją jest inne postrzeganie śmierci, ale i – co warte odnotowania – pełniejsze, być może, odczuwanie życia.

Weronika Gogola, Po trochu, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Codzienność (K.O. Knausgård, Lato)

Kolejna odsłona serii, której części tytułowane są nazwami pór roku, jest podobna do poprzednich, ale i inna. Autor tradycyjnie pozostaje uważnym obserwatorem codzienności oraz osobą dokumentującą własne ojcostwo. Nie rezygnuje ze szczerości, dzieląc się refleksjami, które sam uznaje za niezręczne, nazbyt bezpośrednie, przesadnie może ekshibicjonistyczne. Jednocześnie to właśnie gotowość zapisywania tego, co odbiega od wizerunku, który posiada pisarz w przestrzeni publicznej, jest zapewne jedną z ciekawszych odsłon owego eksperymentu na samym sobie. Niezależnie bowiem od tego, czy Knausgård pisze wspomnianą serię z porami roku w tytułach, czy „Moją walkę”, zawsze siebie czyni głównym i najważniejszym bohaterem. To, co błyskotliwe, oryginalne, szczególne sąsiaduje więc często z obserwacjami nieco naiwnymi lub oczywistymi. Autor nie ukrywa, że właśnie taki zamysł towarzyszy jego literackiemu projektowi – pokazać siebie w możliwie dokładny sposób, jako kogoś, kto jest w relacjach, ale i funkcjonuje w samotności, a także jako osoby, która znaczną część życia spędza w tym, co można określić zwyczajnością. W „Lecie” licznym krótkim impresjom o rzeczach, pokarmach, zwierzętach i roślinach (np. o kasztanowcu i brzozie, o soli czy śliwkach, o rowerze i mikserach, o psach, kotach i komarach) towarzyszą różnego rodzaju scenki rodzinne, związane z zachowaniem i reakcjami dzieci. Gdzieś w tle obecna jest jednak refleksja innego rodzaju, a mianowicie poczucie schyłkowości, nieuchronności przemijania, niemożności cofnięcia czasu. Codzienność zostaje zatem skojarzona z koniecznością pamiętania i dostrzegania wagi momentu oraz chwili.

Karl Ove Knausgård, Lato, przeł. Milena Skoczko, obrazy: Anselm Kiefer, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Pamiętanie śmierci (G. Faye, Tęsknota)

Proza dojrzała, bardzo przemyślna, mocna w swojej wymowie i uniwersalna mimo zakorzenienia w konkretnym czasie i miejscu – w ten sposób można krótko scharakteryzować powieść Faye’a. Autor, podobnie jak bohater jego książki, jest synem Rwandyjki i Francuza, który dzieciństwo spędził w Burundi, a kiedy doszło do ludobójstwa w Rwandzie przeniósł się do Francji. Autobiograficzny charakter utworu z pewnością zasługuje na odnotowanie, jednak dużo bardziej istotne jest zmierzenie się z ostatecznością wpisaną w zło, które jeden człowiek przygotowuje drugiemu człowiekowi. Faye proponuje czytelnikowi nietypową powieść inicjacyjną. Granica, którą jego bohater, Gabriel, przekracza wiąże się właśnie ze świadomością okrucieństwa i brutalności. Wiedza o tym, co wróg może uczynić swojej ofierze, jak łatwo podzielić ludzi na swoich i obcych, a także jak pochłaniające i zaraźliwe bywa zło, staje się tożsama z wejściem w dorosłość i utratą niewinności. Faye doskonale wychwytuje momenty, które zbliżają do katastrofy. Są więc tutaj rozpoznawalne z innych tekstów symbole, jak na przykład nawoływanie w radiu do eliminacji karaluchów, konieczność określenia własnej przynależności do Hutu lub Tutsi, opuszczone domy pełne trupów właścicieli, ulice, na których leżą zwłoki, pałętające się bezdomne psy, muzyka poważna puszczana w radiu w chwili kryzysu. Natkniemy się jednak i na obrazy typowe dla tej właśnie historii – dzieci, które spędzają całe dnie na materacach, ukrywając się przed zagrożeniem, matka, która zobaczywszy coś, czego nikt nie powinien oglądać, poddaje się szaleństwu, wreszcie chłopcy, którzy zaczynają się fascynować wszechobecną bezkarnością i dają sobie prawo do decydowania o czyimś życiu i śmierci. Ważnym motywem w powieści Faye’a są książki. To one przynoszą chwilowe ocalenie, pozwalają odciąć się od tego, co niewyobrażalne, a jednak bardzo realne. Są też tym, co powoduje powrót bohatera po latach i zmierzenie się z traumą przeszłości. Pozycja obowiązkowa.


Gaël Faye, Tęsknota, przeł. Katarzyna Marczewska, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017. 

sobota, 26 sierpnia 2017

Bez szans na przyszłość (T. Clavin, B. Drury, Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów)

Książka ta tylko pozornie jest biografią indiańskiego wodza Czerwonej Chmury. Tak naprawdę bowiem mamy do czynienia z literaturą wojenną najwyższej próby. Cała opowieść koncentruje się na walkach między rdzennymi mieszkańcami ziem a wojskami Stanów Zjednoczonych. Pokazana zostaje nie tylko różnica w postrzeganiu bitwy, traktowaniu wroga, myśleniu o koncepcji podjętych działań, ale również podobieństwa, jeśli chodzi o okrucieństwo i okazywaną sobie wzajemnie pogardę. Biali zdają się początkowo sądzić, że nie będą mieli większego problemu z pokonaniem przeciwnika. Z kolei czerwonoskórzy długo nie uświadamiają sobie powagi sytuacji i chętnie dają się omamiać świecidełkami i alkoholem. Clavin oraz Drury pokazują zatem zderzenie dwóch koncepcji myślenia o świecie, dwóch wizji społeczeństwa i dwóch modeli toczenia walki. Naturalistyczne opisy tego, w jaki sposób Indianie tradycyjnie traktowali ciała wrogów, przedstawione zostają bez emocjonalności, za to z wyraźnym poczuciem konieczności wspomnienia o brutalności, cechującej tak naprawdę obie strony. Autorzy przytaczają bowiem również bestialskie tortury będące dziełem białych. O ile jednak te pierwsze uznawano za typowe dla Indian, o tyle drugie piętnowano jako przejaw barbarzyństwa i coś, co zdarzyć się mogło tylko w wyjątkowej sytuacji. Fakt ten stanowi niezbity dowód kolonialnej wyższości oraz traktowania przeciwnika jako przedstawiciela społeczności stojącej w hierarchii niżej. Odtworzenie biografii Czerwonej Chmury staje się okazją do pokazania nowego typu myślenia o konieczności zjednoczenia się przeciwko wspólnemu wrogowi, realizowaniu w bitwie wcześniej zaplanowanej strategii i postawieniu na podporządkowanie walki, obowiązującym jej uczestników, regułom. Historia indiańskiego wodza, ostatecznie dożywającego starości i mieszkającego w rezerwacie, to uchwycenie atmosfery czasów, w których toczyła się walka dwóch sił – jedna, reprezentowana przez czerwonoskórych, nie miała już szansy na przetrwanie, druga, emanująca ze strony białych, spodziewała się triumfu, nawet jeśli zdarzały jej się klęski, upadki i porażki. Życiorys Czerwonej Chmury to także przykład ocalenia pamięci i oddania głosu osobie, która była głównym uczestnikiem wydarzeń. Istnieje bowiem autobiografia wodza, którą spisano w sposób zapośredniczony, dzięki gotowości słuchania, chęci opowiadania i świadomości wagi obu tych czynności.


Tom Clavin, Bob Drury, Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów, przeł. Adam Czech, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

piątek, 25 sierpnia 2017

Nowe problemy, stare wartości (K. Tubylewicz, Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie)

„Moraliści” Katarzyny Tubylewicz to ciekawe połączenie reportażu, wywiadu, artykułu prasowego i refleksji własnych. Ten niejednolity formalnie zbiór stanowi próbę pokazania nieoczywistego obrazu Szwecji. Autorka nie jest, oczywiście, pierwszą, która usiłuje się zmierzyć z tym, co współcześnie zmusza opisywany przez nią kraj do znalezienia sposobu rozwiązania nowych problemów oraz przewartościowania niektórych, wcześniej dobrze się sprawdzających, zasad. Kwestie te poruszane są chociażby w reportażach tych dziennikarzy, o których Tubylewicz również pisze, a mianowicie Elisabeth Åsbrink, Åsne Seierstad czy Macieja Zaremby Bielawskiego. Czytelnicy tzw. skandynawskich kryminałów pewnie też potwierdzą, że również w literaturze popularnej problemy te są przywoływane. Na plan pierwszy w wielogłosowej opowieści Tubylewicz wysuwa się kwestia imigrantów oraz zagrożeń wynikających z terroryzmu. Autorka pokazuje problem w sposób wielowymiarowy – rozmawia z policjantem, który przyjechał do Szwecji z Afganistanu, z kierowniczką ośrodka dla uchodźców, z kobietą, która wie, jak straszne są skutki kulturowego łączenia honoru z religią, i walczy z przenoszeniem nieakceptowanych zwyczajów do nowych miejsc zamieszkania. Wyeksponowane zostają także inne ważne społecznie zagadnienia. Tubylewicz jest zainteresowana prawami kobiet (także jeśli chodzi o docenienie twórczości pisarek przez różnego rodzaju gremia przyznające nagrody), solidarnością i różnorodnością (pojawia się wątek praw gejów). Warto zwrócić uwagę na to, iż rozmowa o tym, co dotyczy obecności w przestrzeni publicznej różnego rodzaju grup, zyskuje zwykle nie tylko wymiar polityczny, ale i kulturowy. Pozostając wierną przekonaniu wyrażonemu w książce napisanej razem z Agatą Diduszko-Zyglewską „Szwecja czyta. Polska czyta”, że to właśnie literatura w dużej mierze kształtuje naszą mentalność i przekonania, także w „Moralistach” autorka udowadnia, że ważne są wzorce przekazywane przez kulturę. Na uwagę zasługuje puenta. Tubylewicz pozwala sobie na rodzaj wyznania wiary w Szwecję, akcentując fakt, iż opanowanie kryzysu odbędzie się nie tylko za sprawą działań rodowitych mieszkańców kraju, ale i imigrantów, współodpowiedzialnych za miejsce, które uznali za swoje.


Katarzyna Tubylewicz, Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2017. 

czwartek, 24 sierpnia 2017

Pycha władzy (J. Cabré, Agonia dźwięków)

Choć akcja powieści katalońskiego pisarza rozgrywa się w środowisku zakonnym, to jednak zbiorowość funkcjonującą w odizolowaniu można w tym wypadku potraktować jako metaforę relacji opartych na hierarchiczności, unieważnianiu większości i wywyższaniu nielicznych, wreszcie niedyskutowalności prawd i obowiązujących regulaminów. Autor proponuje czytelnikowi przejmującą opowieść o łamaniu ducha, zniewoleniu i źle pojmowanej pobożności oraz wierności ideałom. Nierówna próba sił, jaka ma miejsce w zakonnych murach, opiera się na przekonaniu, że każdy przejaw niezależności trzeba eliminować, zmuszając niepokorną osobę do umartwienia i uznania własnej nicości. Brat Junoy ze swoim zamiłowaniem do muzyki, z satysfakcją odczuwaną z piękna i z przekonaniem, że właśnie w takiej radości życia ma miejsce chwalenie Boga, nie pasuje ani do zakonników, ani do zakonnic, do których udaje się jako spowiednik. Przeniesienie bohatera jest tak naprawdę karą i skazaniem go na więzienie. Zakon, w którym ma przebywać, stanowi siedzibę mniszek klauzurowych. To właśnie cisza, milczenie oraz umartwienie ducha i ciała są tym, co kobiety definiuje. Portretując życie zakonnic, Cabré stawia pytanie o granice cierpienia, zmuszając jednocześnie czytelnika do zastanowienia się nad ograniczeniami fundowanymi w ramach uzyskania większej bliskości z Bogiem. Matka przełożona jest w tej historii nie tylko wcieleniem zła, bezmyślności i okrucieństwa, okazuje się również postacią tragiczną. Dla tej ostatniej kwestii ważne okazuje się zakończenie. Nie ma w nim nic optymistycznego, bo wina pozostaje ciągle powodem do dumy dla tej, która powinna sprawę przemyśleć. Cabré ostrzega zatem przed pychą, udowadniając, że władza zwykle trzyma się daleko od przebaczenia, zadośćuczynienia i zrozumienia.


Jaume Cabré, Agonia dźwięków, przeł. Anna Sawicka, Wyd. Marginesy, Warszawa 2017. 

środa, 23 sierpnia 2017

Przypomnienie (C. Łazarewicz, Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza)

Lektura zbioru reportaży Cezarego Łazarewicza okazuje się ciekawym doświadczeniem. Nie tylko dlatego, że mamy do czynienia z dobrymi tekstami, ale przede wszystkim z tego powodu, że zderzamy się z obrazem świata dzisiaj już nieistniejącego i należącego do nie tak odległej, ale jednak, przeszłości. Teksty zamieszczone w książce są portretem rzeczywistości okresu transformacji. Można je czytać równolegle z takimi zbiorami jak na przykład „Serce narodu koło przystanku” Włodzimierza Nowaka, „Powiatowa rewolucja moralna” Pawła Smoleńskiego czy „Niedziela, która zdarzyła się w środę” Mariusza Szczygła. Łazarewicz przypomina zachowania, problemy, praktyki typowe dla czasów, w których wolność wydawała się czymś nie do końca zrozumiałym, ale wykorzystywanym z zapałem, związanym z doświadczaniem tego, co nowe, wyczekane i nie do końca znane. Interesują go zmiany na prowincji. Reporter koncentruje się na jednym regionie. Zostaje to zaakcentowane w podtytule. Jeden z reportaży, poświęcony rolniczym protestom w Bartoszycach i zatytułowany „Chamburk był z nami”, znalazł się jednak w książce pomyłkowo. Bartoszyce nie są miastem znajdującym się na Pomorzu. Reportaże umieszczone w tomie w większości przypadków miały swoje prasowe pierwodruki pod koniec lat 90. XX wieku. Przypomniane po kilkunastu latach są dowodem uchwycenia dynamiki przemian, specyfiki ówczesnych doświadczeń i reguł, które definiują okres przejściowy między komunizmem a demokracją. Choć scenografia opisywanych wydarzeń ma w sobie coś z siermiężności tamtych czasów, to jednak emocje, potrzeby i rozczarowania ludzi pozostają podobne. Gdyby więc zmienić tło, okazałoby się, że odegrane wówczas role w nieco zmienionej formie być może miałyby rację bytu i współcześnie. Czytać więc „Tu mówi Polska” trzeba jako przywołanie przeszłości, ale i ostrzeżenie przed zapomnieniem.


Cezary Łazarewicz, Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

wtorek, 22 sierpnia 2017

Tego świata już nie ma (K. Kołczewska, Odzyskać utracone)

Katarzyna Kołczewska jest jedną z najciekawszych autorek tzw. literatury kobiecej. W swojej twórczości zbliża się do prozy środka, chętnie podejmuje tematy nieoczywiste, nie próbuje na siłę dążyć do happy endu. Czytelnika zmylić mogą okładki jej książek, kojarzące się raczej z literaturą popularną, warto jednak w tym wypadku nie tracić czujności. „Odzyskać utracone” to zasługująca na uwagę powieść środka inspirowana historią rodziny autorki. Mamy tutaj do czynienia z intrygującym utworem o przeszłości, która nie godzi się na kształt teraźniejszości; o matce, która musi odwrócić się od pamięci, aby przetrwać; o córce, która nie godzi się na zapomnienie, bo właśnie z tego, co minęło, czerpie siłę, fałszywą, co prawda, ale jednak siłę. Powieść Kołczewskiej jest także bardzo ciekawą książką o mieście. Białystok zostaje sportretowany jako organizm, który żyje, któremu zadano gwałt, i który otwierając się na przyszłość, wypiera się części swojej historii. Autorka zderza bezpieczeństwo czasu przedwojennego z koszmarem i nieprzewidywalnością wojny oraz siermiężnością i koniecznością radzenia sobie na różne sposoby po wojnie. To kobiety są w tej historii najważniejsze. One podejmują walkę, one próbują kształtować świat wokół siebie, one wreszcie nie rezygnują, dopóki toczenie bojów ma jakikolwiek sens. Jednocześnie to właśnie bohaterki doświadczają największej samotności – kiedy dają z siebie wszystko, a ich ofiara zostaje zlekceważona, kiedy muszą pogodzić się z obcością mężczyzn, tych najbliższych, kiedy zostają odizolowane od rodziny i otrzymują brutalny w swojej wymowie przekaz, że na uwolnienie nie mają co liczyć. Autorka prowadzi swoją opowieść dwutorowo. Poznajemy losy matki, Marii, oraz córki, Mirusi, która jako dziewczynka została zabrana do łagru i jako kobieta wraca po latach. Kołczewska rekonstruuje nie tylko trudną drogę dochodzenia do prawdy, akceptacji, zrozumienia, ale i pokazuje, jak niełatwe jest odnalezienie się w światach, które kompletnie do siebie nie przystają. Tak naprawdę obie kobiety doświadczyły traumy i cierpienia, obie też muszą się odnaleźć w rzeczywistości, której wcale nie chciały, choć muszą uczynić ją częścią własnego życia. Autorka pokazuje bowiem, że nie ma innego wyjścia – tylko wiara w sens przyszłości może ocalić, zapatrzenie się w przeszłość to śmierć.


Katarzyna Kołczewska, Odzyskać utracone, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Pamięć różnorodności (L. Włodek, Cztery sztandary, jeden adres. Historie ze Spisza)

Reportaż Ludwiki Włodek to ciekawy przykład połączenia przeszłości z teraźniejszością. Określenie znajdujące się w podtytule, owe historie ze Spisza, nie tylko ukierunkowuje na miejsce, ale przede wszystkim sugeruje istnienie fascynującego mitu założycielskiego, kładzie nacisk na pamiętanie wielości oraz sygnalizuje symboliczność jednostkowych biografii, w których opisane losy zwykle mają charakter uniwersalny. Widać to doskonale w kolejnych rozdziałach składających się na książkę. Autorka w powieściowy, gawędziarski sposób, wprowadza opisowymi tytułami do życiorysów, które przedstawia. Dominuje tu reportaż historyczny, stopniowo jednak – im bliżej końca publikacji – pojawia się coraz więcej akcentów współczesnych. Ważnym punktem odniesienia staje się deklarowana bliskość w stosunku do opisywanych terenów ze strony reporterki. Będąc częściowo stamtąd, znając Spisz, autorka nie przybywa całkowicie z zewnątrz. Jest w stanie pewne rzeczy sobie przypomnieć, odtworzyć z przeszłości, dostrzec na przykładzie własnego doświadczenia. Autobiograficzne fragmenty stanowią zatem klamrę, dzięki której to, co małe, bywa wielkie, to, co zapomniane, zostaje przypomniane, a to, co należy do przeszłości, okazuje się żywe i rozwojowe. Autorka rezygnuje z łatwego portretowania pogranicza. Ci wszyscy, którzy zamieszkiwali opisywane tereny, są częścią tej samej społeczności i tej samej historii. Nawet więc, jeśli reporterka koncentruje się na problemach Polaków, Słowaków, Niemców, Węgrów, Żydów czy Cyganów, nie traci z oczu owej całości i ciągłości, pamięta o tożsamościowym skomplikowaniu. Fakt ten wydaje się bardzo ważny. Dzięki takiej przyjętej perspektywie Włodek nie eksponuje fragmentaryczności opowieści, lecz zaznacza jej spójność widoczną zarówno w portretowaniu zgody, porozumienia, jak i niechęci czy nienawiści. Warte uwagi.

Ludwika Włodek, Cztery sztandary, jeden adres. Historie ze Spisza, fotografie: Marzena Hmielewicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Przyjaciel czy morderca – kto jest bliżej? (K. Kwiatkowska, Zgubna trucizna)

Najnowszy kryminał Katarzyny Kwiatkowskiej stanowi kolejne potwierdzenie talentu autorki. Początek XX wieku i, wszystko na to wskazuje, tajemnicze oraz mistrzowskie fałszowanie banknotów. Znany z poprzednich części Jan Morawski (wraz z pomocnikiem Mateuszem) nie spocznie, dopóki nie rozwikła tajemnicy. Ta zaś będzie się przed nim odsłaniała niespiesznie, z kilkoma intrygującymi zwrotami akcji, z całkiem pokaźnym skomplikowaniem emocjonalnym i z rozczarowaniem, które mimo rozwiązania sprawy i tak nadejdzie. Kwiatkowska nie stara się uwodzić czytelnika sensacyjnością fabuły, interesuje ją raczej oddanie klimatu miejsca i czasów. Pokazała już zresztą we wcześniejszych powieściach, że umie łączyć zagadkę kryminalną z dbałością o historyczne szczegóły. Tym razem na plan pierwszy wysunie się klimat Poznania, proces germanizacji oraz zwyczaje panujące w hotelach i na balach. Na tych ostatnich zwłaszcza króluje kupczenie posagami i niemalże otwarte i bezpruderyjne oferowanie kobiet po korzystnych cenach tym, którzy są materialnie dobrze sytuowani. Autorka umieści swojego bohatera w centrum wydarzeń – będzie więc blisko owych miłosnych transakcji, ale i blisko wybuchu bombowego, do którego dojdzie w hotelu. Interesujące.

Katarzyna Kwiatkowska, Zgubna trucizna, Wyd. Znak, Kraków 2017.

sobota, 19 sierpnia 2017

Nie tylko literatura dla dzieci i młodzieży (M. Urbanek, Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce)

Biografia Kornela Makuszyńskiego to niewątpliwie doskonały materiał na książkę. Mariusz Urbanek jest tego świadomy, wykorzystuje więc życiorys swojego bohatera nie tylko do przypomnienia jego kariery zawodowej, ale i do sportretowania czasów, w których pisarz funkcjonował. Na plan pierwszy wysuwają się właściwie trzy kwestie. Pierwsza dotyczy osobowości Makuszyńskiego i jego talentu. Zaszufladkowany jako autor literatury dla dzieci i młodzieży był nie tylko znakomitym, cenionym w środowisku krytykiem, ale i duszą towarzystwa. Odtworzenie błyskawicznej kariery Makuszyńskiego odbywa się poprzez pokazanie jego wczesnego debiutu (w wieku nastoletnim), pracowitości (regułą było przygotowywanie recenzji do druku na następny dzień po premierze spektaklu), lekkości pióra (jego teksty krytyczne miały charakter felietonowy), opiniotwórczości (ze zdaniem pisarza liczyli się ówcześni najwięksi). Druga kwestia dotyczy pamięci i zapomnienia, intensywnego istnienia i wymazywania z przestrzeni publicznej, niekwestionowanego sukcesu i przemilczenia. Urbanek sugestywnie zderza ze sobą czas przedwojenny z okresem po zakończeniu II wojny światowej, kiedy entuzjazm Makuszyńskiego dla świata i człowieka jako takiego traktowany jest jako sanacyjny, a więc źle widziany. Przyzwyczajony do publikowania, dużych nakładów, wyrazów sympatii i podziwu ze strony czytelników oraz redaktorów pisarz zostaje brutalnie unieważniony przez komunistyczną rzeczywistość. Symboliczne staje się dokwaterowanie pewnego urzędnika do zakopiańskiego mieszkania Makuszyńskich. Ta bezduszna decyzja wypada dużo dramatyczniej od innego trudnego doświadczenia, a mianowicie utraty księgozbioru w czasie wojny. Trzecia kwestia, którą należy uznać za dominującą, to próba zrekonstruowania poglądów Makuszyńskiego przy jednoczesnym akcentowaniu specyfiki tamtych czasów i braku ciężaru wiedzy o Holocauście. Chodzi zwłaszcza o antysemityzm i mizoginizm pisarza, który – jak sugeruje Urbanek – w kontekście epoki jest narracją często akceptowaną społecznie i uznawaną za atrakcyjną. Fragmenty wypowiedzi Makuszyńskiego porażają, jednak biograf równoważy je nie tylko wspomnianym powyżej uzasadnieniem, ale i czynami, znacznie odbiegającymi od owych pojawiających się w druku uprzedzeń. Biografia Makuszyńskiego okazuje się z jednej strony intrygującą opowieścią o człowieku swojej epoki lub – tak chyba lepiej to zabrzmi – swoich epok, ale i zapisem oddającym cechy charakterystyczne ówczesnego środowiska literackiego. W obu przypadkach lektura jest arcyciekawa.


Mariusz Urbanek, Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce, Wołowiec: Czarne 2017. 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Przemijanie (M. Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem)

Książka Wichy wpisuje się w tradycję tekstów – pożegnań, w których równie ważne jest uświadomienie, kim był ten, kto odszedł, jak i przemyślenie roli, jaką ów ktoś odgrywał w życiu autora. Bezdyskusyjny jest więc autobiograficzny charakter publikacji, jednak potraktowanie „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” tylko w taki sposób byłoby zbyt dużym uproszczeniem. Choć Wicha wspomina, poddaje samego siebie wiwisekcji, mierzy się z ograniczeniami pamięci, próbuje zdefiniować własne miejsce w matki życiu i jej rolę w swoim, to jednak można również mówić o tej książce jako o eseju filozoficzno-społecznym. W pewnym bowiem sensie mamy tu do czynienia z doświadczeniem pokoleniowym – generacji, która odchodzi, i generacji, która pozostaje; tych, którzy umierają, i tych, którzy żegnają. Ten szerszy kontekst bardzo intymnej, ale i – nie bójmy się tego słowa – intelektualnej w swoim wydźwięku opowieści, wydaje się bardzo istotny. Nie bez powodu znaczna część refleksji na temat umierania, znikania, przemijania i przetrwania wiąże się z książkami – tymi, które zgromadziła matka, ze sposobem zaplanowania domowej biblioteki, ze wspomnieniami dziecięcych wypraw do księgarni, z decyzją, by książki oddać do antykwariatu, i ze zdziwieniem, że tak wiele tytułów nie ma dzisiaj już żadnej wartości. W efekcie to, co osobiste, miesza się z tym, co przynależy do przestrzeni publicznej. Oto okazuje się, że odchodzi nie tylko konkretny człowiek – matka, ale i znikają obyczaje, które były charakterystyczne dla pokolenia kobiety. Mówienie, że obrastamy przedmiotami, to banał. Fakt ten przestaje być jednak tak oczywisty, kiedy dochodzi do śmierci osoby, do której należą rzeczy. Przedmioty zyskują wówczas inne znaczenie – są przedłużeniem istnienia, przypominają o życiu, ale i świadczą o umieraniu, odsłaniają względność więzi i przynależności, nagle osamotnione wydają się tęsknić za tym kimś, kto odszedł. Wicha unika sentymentalnych opisów, choć pozostając po stronie racjonalności, nie przestaje wzruszać. Pod szorstkością słów, myśli, uczuć kryje się bowiem przekonanie, że pewnych spraw nie da się odwrócić, a ich nieuchronność zmusza do mierzenia się nie tylko ze śmiercią, ale i z życiem, któremu śmierć towarzyszy.


Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Wyd. Karakter, Kraków 2017. 

środa, 2 sierpnia 2017

Życie i umieranie (J. Púček, Przez ucho igielne (sploty))

„Przez ucho igielne (sploty)” to znakomita powieść, która w bezpretensjonalny sposób dotyka tematów ostatecznych, a mianowicie życia i umierania. Myliłby się ten, kto oczekiwałby od lektury powieści Púčka wzniosłych refleksji, kategorycznych sądów czy moralizujących sentencji. Autor z dużą lekkością, ale i czułością, pisze o sprawach, które przydarzają się na co dzień, a jednak trzeba nauczyć się z nimi żyć. Ważnym wątkiem okazuje się więc przetrwanie – znaczy wiele na pewno wtedy, gdy Jan przez ponad pięć lat przebywa w obozach koncentracyjnych i więzieniach; dużo mniej mroczne jest wówczas, gdy okazuje się, że starość przynosi akceptację i świadomość dobrze przeżytego życia. Pojawia się również w rzeczach pozornie małych, ale ważnych w wymiarze codziennym – kiedy Jan zakłada niedużą szwalnię, kiedy z miłości do Bożeny muszą opuścić miejsce, które uznają za swoje, kiedy powstaje ich dom, kiedy Bożenie udaje się zdobyć pożyczkę na ogrzewanie. Opowieść o losie bohaterów, Jana i Bożeny, rozpoczyna się od końca – obserwujemy schyłek życia pary, która uczy się, że małe sprawy przeżywane razem są ważniejsze od marzeń o wielkich wzlotach, ale zaliczanych oddzielnie. Wiemy, że śmierć jest blisko, a jednak ów opis starzenia się i umierania jest niezwykle pozytywny, ciepły, krzepiący. Kolejne części książki cofają nas w czasie – poznajemy wcześniejsze losy pary, okres, kiedy żyli oddzielnie, i czas, który doświadczali wspólnie. Istotnymi metaforami przywoływanymi wielokrotnie są szycie i budowanie. Zawierają w sobie nadzieję i pewność powstawania czegoś zamiast burzenia. Púček unika egzaltacji, sentymentalizmu, wzniosłości. W rzeczach małych odsłania wielkość, akcentując jednocześnie oczywisty, choć zaskakujący dla każdego fakt, że życie zbliża nas do umierania. Bardzo dobre.


Ján Púček, Przez ucho igielne (sploty), przeł. Weronika Gogola, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017. 

wtorek, 1 sierpnia 2017

Zło, które wygrywa (L. Theils, Urwany trop)

Kolejna odsłona serii z duńską dziennikarką Norą Sand, pracującą jako korespondentka w Londynie, nie tylko trzyma poziom, ale i – co równie istotne – jest przykładem intrygująco opowiedzianej historii, która daje podstawy, by nazwać „Urwany trop” kryminałem społecznie zaangażowanym. W sferze prywatnej Nora doświadcza właśnie nagłych wzlotów i upadków – z jednej strony przeżywa nowy etap znajomości z Andreasem, z drugiej musi się zmierzyć z kryzysem, który jest efektem wcześniejszych zobowiązań mężczyzny. Na pierwszym planie nie znajdują się jednak miłosne perypetie bohaterki. Nora zresztą wyraźnie daje do zrozumienia, że praca jest dla niej najważniejsza – zwłaszcza wtedy, gdy od jej decyzji i determinacji może zależeć czyjeś życie. Bohaterka zostaje uwikłana w dość nietypową sytuację. Oto przebywający w duńskim ośrodku dla uchodźców irański poeta nagrodzony Noblem prosi Sand o rozmowę. Obiecuje, że udzieli jej wywiadu, o który zabiega wiele redakcji, ale jednocześnie prosi ją o pomoc. Okazuje się, że mężczyzna nie uciekał z Iranu sam, była z nim jego żona, z którą musiał się rozdzielić i która po dotarciu do Wielkiej Brytanii po prostu zniknęła. Nora postanawia pomóc zrozpaczonemu poecie. W efekcie wplątuje się w niebezpieczne rozgrywki miedzy tymi, którzy mając wielkie pieniądze, jednocześnie posiadają równie dużą władzę. Z pogardą więc traktują słabszych, w tym właśnie uchodźców, którzy nie mogą liczyć na niczyją pomoc i łatwo ich obecność wymazać z historii, sugerując, że zniknęli gdzieś po drodze w trakcie swojej ucieczki. Nora zmierzy się z przestępstwami, w których życie i zdrowie człowieka nie ma znaczenia, a status uchodźcy uprzedmiotawia i prowokuje do łamania prawa. Niestety, w tej historii nie będzie łatwego hapy endu. Zło tak naprawdę zwycięży, a dobro będzie musiało pogodzić się z własną bezsilnością.


Lone Theils, Urwany trop, przeł. Joanna Cymbrykiewicz, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.